- Chicago Tribune
- Detroit Free Press
- New York Times
- Pat Robertson
- Sunday Telegraph
- e-wprost
- Forbes
- Manager Magazin
Nad tą książką o ekonomii nie będziesz
przysypiać
15.04.2005
Aby zrozumieć urok książki "Freakonomia. świat od podszewki" (wydawnictwo William Morrow, cena 25,95 USD), musisz odnieść ją do zwariowanego pojęcia typu biszkopcik Twinkie z mąki z pełnego przemiału.
Książka jest zabawna, ale nie brakuje też w niej treści.
Mimo to "Freakonomia" oparta została na czymś co często bywa tak nudne jak flaki z olejem - analizie liczb i statystyk, aby zbadać mnóstwo różnorodnych pytań, i to w fascynujący sposób.
Czy czytając swoim dzieciom wywierasz wpływ na to, jak dobrze będą sobie radzić w szkole? Być może nie. Czy istnieje powiązanie pomiędzy zalegalizowaniem aborcji a wskaźnikami przestępczości? Być może tak.
Albo przynajmniej twierdzi się tak w tej książce, i to w sposób dający do myślenia.
Są to przykłady pytań rozważanych przez Stevena D. Levitta, niestereotypowego ekonomisty z Uniwersytetu w Chicago, którego ciekawska żyłka ma chyba z milę szerokości, oraz współpracującego z nim przy pisaniu książki dziennikarza Stephena J. Dubnera.
"Freakonomia", która w tym tygodniu pojawi się w księgarniach, zdążyła już zdobyć drugie miejsce na liście bestsellerów Amazon.com. Zdaniem Levitta jest to najdziwaczniejsze zdarzenie, jakie go spotkało od momentu wydania książki.
Tytuł wymyśliła siostra Levitta i taki już pozostał, ponieważ sygnalizuje on, że książka ta nie jest typową książką o ekonomii. Lecz Levitt, który ma 37 lat i właśnie został laureatem prestiżowej nagrody dla najwybitniejszego ekonomisty poniżej 40 roku życia, twierdzi, że on sam nie jest tak naprawdę dziwaczny.
"Myślę, że jedna z różnic pomiędzy mną a większością pracowników naukowych jest dość prosta" - mówi - "Jadam w McDonaldzie. Lubię słuchać muzyki pop. Interesujące mnie zagadnienia to pytania, nad którymi codziennie zastanawiają się zwykli ludzie".
Kiedy poszukuje tematów do swoich badań, zazwyczaj pozostaje wierny rzeczom, które go interesują, takie jak na przykład związek pomiędzy imionami a sytuacją ekonomiczną.
We fragmentach "Freakonomii", które pojawiły się w tym tygodniu na stronie Slate.com, Levitt wykorzystał informacje z aktów urodzenia wszystkich dzieci urodzonych w Kalifornii w ciągu ostatnich 40 lat, i wykazał, jak imiona nadawane swoim dzieciom przez zamożnych i dobrze wykształconych rodziców - jak chociażby Madison czy Alexander - mają tendencję do schodzenia na niższe szczeble drabiny społecznej. Kiedy tylko rodzice pochodzący ze średniej i niższej klasy społecznej zaczynają nadawać te imiona swoim dzieciom, wyższe sfery z nich rezygnują. Zgodnie z tym modelem, dzisiejsze imiona dzieci z wyższych sfer - na przykład Phoebe, Clementine i Annika - mogą stać się poślednie za jakieś 10 lat.
Levitt także przeprowadził badania, czy imiona kojarzone z Murzynami wywierają jakiś wpływ na przyszłość dziecka. Jakie wysnuł wnioski? Mimo że zazwyczaj osoba o wyraźnie murzyńskim imieniu może nie radzić sobie w życiu dobrze w kategoriach dochodów i wykształcenia, to nie jest to wina samego imienia. Jeśli już, imię to wskazuje na przeszkody społeczne i ekonomiczne, jakie to dziecko w swym życiu napotyka.
Mimo że książka zajmuje się skomplikowanymi, a nawet gorącymi tematami, Levitt mówi skromnie, że próbuje jedynie zbadać, jak cały ten świat działa.
"W tym, co robimy, nie ma mowy o moralności" -- mówi. -- "Nie koncentrujemy się na tym, co jest dobre, a co złe, skupiamy się tylko na tym, co jest, a czego nie ma. Jest to inny sposób spojrzenia na świat".
Sposób myślenia Levitta przyciąga uwagę polityków i korporacji. Jak mówi, rozmawiał na przykład z ekonomistami z General Motors na temat możliwości udzielenia pomocy przy przyszłych projektach.
"Nadal próbujemy wypracować jakieś pomysły odnośnie sposobów rzucenia światła na sprawy dla nich ważne i dla nich interesujące, gdzie można by wykorzystać mój sposób podchodzenia do danych" - mówi Levitt. "Jedną ze spraw, które omawialiśmy, była próba zrozumienia związku pomiędzy samochodami używanymi a nowymi, ich cenami i ilościami."
Recenzent z "Wall Street Journal" napisał ostatnio, że "gdyby Indiana Jones był ekonomistą, nazywałby się Steven Levitt".
Levitt śmieje się z porównania i mówi, że nie jest aż takim miłośnikiem przygód. "Chodzi nam o wykorzystanie ekonomii w zwariowany - czasami zabawny - sposób. Ale mamy też nadzieję, że w końcu to się do czegoś przydaje".