Wygrana z teoriami, które okazują się
bardziej udziwnione niż dziwaczne

Roger Lowenstein

19.06.2005


"W tej książce nie ma jednoczącego wątku." Tymi słowami Steven D. Levitt i Stephen J. Dubner, autorzy "Freakonomii" bestsellera wprost wymarzonego dla gospodarzy talk-showów, zdają się potępiać własne dzieło.

Ich skromność może jest nieco nieszczera. Wyrażając się precyzyjniej, można by powiedzieć, że książka ta nie ma jednoczącego tematu. Faktem jest, że ich sprytne zestawienia, sposób w jaki konsekwentnie wydobywają pouczające prawdy, kontrastując ze sobą pozornie niezwiązane tematy, czynią z "Freakonomii" (wydawnictwo William Morrow) łatwą lekturę.

Autorzy ukazują niebezpieczeństwa handlu kokainą, wskazując, że wskaźnik śmiertelności wśród dealerów ulicznych jest wyższy niż w przypadku więźniów oczekujących na wykonanie wyroku w Teksasie; demonstrują potęgę informacji, oraz sposób w jaki internet zniszczył panowanie dealerów samochodowych nad cenami, opisują sposób, w jaki całkiem niezwiązana z nimi sieć (Ku Klux Klan) została wykończona przez człowieka-wtyczkę, który rozpowszechniał tajemnice grupy.

Książka ta jedynie lekko zahacza o ekonomię, dziwaczną czy to zwyczajną, i nawet wtedy, gdy autorzy odważają się na standardowe nauczanie, takie jak choćby oddziaływanie popytu i podaży na płace, czynią to z wdziękiem i w zaskakujący sposób. Tym samym, zauważają oni, że "przeciętna prostytutka zarabia więcej niż przeciętny architekt". Jest to mniej zadziwiające niż mogłoby się wydawać. Warunki pracy ograniczają podaż prostytutek, a jeśli chodzi o popyt, autorzy zauważają zgryźliwie, że "prędzej architekt wynajmie prostytutkę niż odwrotnie".

Pomimo zaprzeczenia przez samych autorów, "Freakonomia" ma jednoczący temat, który stanowi siłę motywacji do wyjaśniania, a może i przewidywania zachowania. Autorzy wyraźnie odwracają się od jednowymiarowej teorii, tak drogiej ortodoksyjnym ekonomistom, że ludzi zawsze motywuje wyłącznie perspektywa maksymalizowania swojego stanu posiadania. Opowiadają się raczej za dobrze zapowiadającą się szkołą behawiorystyczną, zgodnie z którą ludzka motywacja jest bardziej wielowymiarowa i nie brakuje w niej niuansów.

Ale nie znajdziemy tu żadnych dyskursów akademickich. Autorzy odwołują się do doświadczeń żłobków w Haifie na terenie Izraela, które usiłowały oduczyć rodziców spóźniania się po odbiór dzieci narzucając karę za spóźnienie w wysokości odpowiadającej kwocie 3 dolarów. Reakcja rodziców: jeszcze więcej spóźnień!

Najwyraźniej rodzice czuli się mniej winni, kiedy mogli zapłacić za swoje spóźnialstwo. Podobnie przekonujemy się na przykładzie sprzedawcy bajgli, który usiłował prowadzić interes w oparciu o domniemanie ludzkiej uczciwości, że choć chciwość z pewnością motywuje większość ludzi, z pewnością nie jest ona jedynym czynnikiem motywacyjnym.

W książce tej znajduje się nawet jeszcze mocniejszy lejtmotiw: żeby zrozumieć, w jaki sposób działają bodźce motywacyjne, trzeba rozróżniać pomiędzy przyczyną a skutkiem. To zaś wymaga czegoś więcej niż ulubionych rekwizytów profesji ekonomicznej – arkuszy kalkulacyjnych, komputerów i danych. Wymaga to inteligentnego myślenia o tym, co mówią dane.

Autorzy zauważają przykładowo, że fakt obecności większej liczby policjantów w miastach o wysokim wskaźniku morderstw nie oznacza, że policjanci są przyczyną powstawania tych morderstw. To przygotowuje nas na inne przykłady, w mniejszym stopniu poddające się intuicji.

Przykładowo, obecność książek w gospodarstwie domowym zdaje się stanowić skutek wykształcenia i wysokiej motywacji rodziców, co stanowi dobry czynnik przepowiadający, jak ich dzieci będą radzić sobie w szkole. Obecność książek nie jest jednakże przyczyną; dlatego (niestety), nakłanianie dzieci do czytania niekoniecznie poprawi ich szkolne wyniki.

Autorzy są surowi wobec ekspertów w praktycznie każdej dziedzinie -  socjologii, kryminalistyce, politologii – za niewłaściwe odczytywanie danych. Równie wymagający są wobec przytakujących mediów za to, że tak gładko powtarzają obiegowe opinie.

Podczas gdy cały świat gratulował Rudolphowi W. Giulianiemu udanej redukcji brutalnych przestępstw, w szczególności rozprawienia się z recydywistami, autorzy wykazują, że pan burmistrz miał prawdopodobnie niewiele z tym wspólnego. (Wskaźniki przestępczości w Nowym Jorku i innych miastach zaczęły spadać zanim został wybrany na burmistrza.) Ekspertom umknęła głębiej leżąca, bardziej długofalowa przyczyna: legalizacja aborcji w roku 1973, czego skutkiem było mniej niechcianych dzieci, a u progu lat 90. mniej zawodowych kryminalistów.

Różne opinie autorów są na ogół uzasadnione, lecz kiedy piszą: "Typowy ekspert w dziedzinie wychowania, tak jak eksperci z innych dziedzin, ma skłonność do przejawiania zbytniej pewności siebie", to wtedy ryzykują, no cóż, przejawianie zbytniej pewności siebie.

Przechylają także szalę zwracając więcej uwagi na tych, którzy błądzą, niż na tych, którzy rozumują słusznie. (Podkreślają wiele niewłaściwych wyjaśnień spadku przestępczości, ale minimalizują znaczenie faktu, że w gazetach słusznie uzasadniano ten spadek głównym czynnikiem w postaci wzrostu liczby osadzonych).

Ponadto nie należy zapominać, że wiele, jeśli nie większość, obiegowych opinii może być prawdziwych. Levitt i Dubner usiłują podważyć powszechne przekonanie, że pieniądze stanowią klucz do sukcesu w polityce argumentując, że to sukces przyciąga pieniądze, a nie odwrotnie. Przedstawione przez nich dowody opierają się na przykładzie polityków, którzy po raz kolejny stają do walki przeciw doświadczonym oponentom. Według autorów, wyniki takich wyborów zazwyczaj odzwierciedlają wyniki poprzednich wyborów, nawet jeśli zwycięski kandydat wyda mniej pieniędzy, lub kiedy przegrywający kandydat wyda ich więcej

. Zbyt piękne i nie do końca prawdziwe. Pominięto tu znaczenie pieniędzy przede wszystkim przy wprowadzaniu nowego polityka (powiedzmy, Jona Corzine) i przedstawianiu go społeczeństwu – raz wydane pieniądze, które nie będą już potrzebne przy ponownych wyborach. Wnioski autorów, jakoby "ilość pieniędzy wydana przez kandydatów prawie nie ma tu nic do rzeczy" przeczy obiegowej opinii, ale i także zdrowemu rozsądkowi.

Jeszcze JEDNA uwaga krytyczna związana jest z dziwacznym współautorstwem tej książki, której podtytuł brzmi "świat od podszewki". Jak sugeruje podtytuł, materiał na tę książkę jest w głównej mierze owocem przekonań Levitta. Dubner, który napisał dwa poprzednie bestsellery, pojawił się dopiero wtedy, gdy przedstawiał sylwetkę Levitta w "The Magazine".

Wszystko w porządku, jak na razie. Jednak na początku każdego rozdziału znajduje się wyróżniony kursywą wyjątek z tego artykułu, przez co "Freakonomia" okresowo przestawia się z pierwszej osoby liczby mnogiej na opis w trzeciej osobie, na ogół o charakterze laudacyjnym na rzecz Levitta. Biorąc pod uwagę, że Levitt jest współautorem, można uznać za zgrzyt fragment głoszący na przykład że "Levitt uważany jest za półboga, jedną z najbardziej kreatywnych osób w ekonomii, a może i w całej dziedzinie nauk społecznych".

Pomijając te drobne zastrzeżenia, "Freakonomia" to wspaniała książka, pełna nieprawdopodobnych, ale wstrząsających szczegółów historycznych, co wyróżnia autorów z nawału naukowców popularno-społecznych. Może się nawet zdarzyć, że czytelnik zdobędzie się na nieco sceptycyzmu wobec świata – co nie byłoby złe.

============================================================================
Copyright © 2006 onepress.pl  / O książce  / Artykuły  / Autorzy  / Kontakt  / Sklep